wtorek, 18 marca 2014

Pompeje (2014)

Pompeje




Reżyseria: Paul W.S. Anderson
Tytuł: Pompeje
Oryginalny tytuł: Pompeii
Data premiery: 21 lutego 2014 (Polska) | 18 lutego 2014 (świat)
Czas trwania: 1 godz. 42 min.
Obsada: Kit Harington, Emily Browning, Kiefer Sutherland, Adewale Akinnuoye-Agbaje,…









Pompeje. Sama nazwa mówi za siebie. Większość wie, czym są i co się stało w 79 roku, kiedy to doszło do erupcji wulkanu Wezuwiusz. Niebywałe pamiątki pozostały po tym strasznym wydarzeniu. Ludzie przykryci popiołem, pozostający w pozycjach przed ostatnim tchnieniem. Zabytki, rzeźby i samo miasto. Interesująca jest historia tego miejsca, więc nie dziwię się, że różni twórcy sięgają po inspirujące opowieści do swoich książek czy też filmów.

Pompeje to w głównej mierze film rozrywkowy. Ma on na celu jedynie dostarczyć rozrywkę oglądającemu, a to dla panów znajdą się walki gladiatorów, a znów dla pań wątek romantyczny. Muszę przyznać, że nie byłam przekonana do tego filmu. Spodziewałam się nudnego seansu. Na szczęście mile się zaskoczyłam i naprawdę nie żałuję, że nie zrezygnowałam z wycieczki, bo był to naprawdę świetny film, a może odbieram go właśnie tak, dlatego, że oczekiwałam niemałego rozczarowania.

Jak to w filmach takiego typu bywa, nie ma tutaj wgłębianie się w portrety psychologiczne bohaterów, które z pewnością by się przydały, bo historie ich życia i piętno, jakie na nich odcisnęły ich przeżycia z pewnością byłyby urozmaiceniem produkcji, w szczególności skupienie się na dwóch najciekawszych postaciach, jakimi są z pewnością Milo (Kit Harington) oraz Accticus (Adewale Akinnuoye-Agbaje). Gladiatorzy i ich przeszłość zasługiwali na bliższe poznanie, jednak te wątki zostały potraktowane po macoszemu.

Emmanuel Kabongo, Adewale Akinnuoye-Agbaje,  Kit Harington


Jeśli ktoś chce obejrzeć porządny rozlew krwi, na pewno nie znajdzie tego w Pompejach. Nastraszona przed seansem, że będzie jej pełno już miałam w głowie „na co ja się zdecydowałam… po co ja na ten film pojechałam”. Na szczęście nie doświadczymy na ekranie hektolitrów krwi, a jeśli ktoś miał na nią nadzieje polecam w tym celu Spartakusa. Widziałam tylko jeden odcinek, a i tak nie wiadomo, jak się na nim nie skupiałam, czasami tylko zaglądałam, co się dzieje na ekranie, bo akurat miałam przyjemność siedzieć w towarzystwie, kogoś, kto po prostu nie może obyć się bez obejrzenia nowego odcinka, i tam z pewnością dzieje się pod tym względem o wiele, wiele więcej. Tym bardziej, że jest to serial, a więc jest ku temu jeszcze więcej okazji. Zaś w filmie reżyserii Andersona było to naprawdę dobrze wyważone, więc nie miałam chęci zakrycia oczu czy pojękiwań zniesmaczenia. Zaś sceny walki zrobiły na mnie wrażenie. Znawcą nie jestem, ale okiem młodej kobiety, która w filmach lubi czasami obejrzeć dobre dla niej sceny akcji, nieprzekraczających pewnej bariery było na co popatrzeć.

Na uwagę zasługują wcześniej już wymienieni Milo i Accticus, bowiem są postaciami, które kryją w sobie najwięcej tajemnic, a także mają najbardziej barwną przeszłość. Po przemyśleniu razi mnie trochę to, że tak szybko akcja przeskakuje o kilkanaście lat, nie pokazując choćby w skrócie, co działo się z głównym bohaterem przed tym, jak stał się gladiatorem. W pewnym sensie zaskoczyła mnie Emily Browning, która zagrała jedną z najważniejszych ról. Nie wiem czemu, ale po kilku filmach, które oglądałam z jej udziałem nadal nie mogę się do niej przekonać.

Nie trzeba także obawiać się wcześniej wspomnianego wątku romantycznego, bowiem nie jest on specjalnie wyartykułowany. Nie doświadczymy tutaj miłości rodem z Tytanica. W moim odczuciu uczucie to było przedstawione na zasadzie ciągłego ukrywania się, uciekania i odnajdywania. Z jednej strony jest to zrozumiałe i stworzyło namiastkę miłości, która dojrzewa z czasem, choć już od pierwszych momentów zaczyna tworzyć się chemia między dwoma osobami. Schemat ten jednak już jest zgoła oklepany – największe i najsilniejsze uczucie między dwoma skrajnymi stanami społecznymi.

Mile zaskoczyło mnie także samo zakończenie filmu. Spodziewałam się czegoś bardziej przewidywalnego, co w jakiś sposób pewnie zepsułoby mi radość z seansu. Na szczęście autorzy produkcji nie poszli w ścieżkę zwaną banałem, a to także rzutuje na końcową ocenę. Nie mogę powiedzieć, że Pompeje są doskonałe i jedyne w swoim rodzaju. Nie mogę także powiedzieć, że film nie mógłby być lepszy, za sprawą choćby lepszych portretów psychologicznych. Mogę za to przyznać, że nie żałuję wydanych pieniędzy, bo ekranizacja przyciąga uwagę widza już od samego początku. Nie jest to tylko moje zdanie, ale większości moich rówieśników, którzy po wyjściu z kinowej sali także stwierdzili, że seans był naprawdę dobry. Mogę także dodać, że nie odmówię sobie kolejnego, ale już w zaciszu domowym. Teraz zaś zaczynam poszukiwana dotyczące tego kawałka historii w literaturze, a także innych produkcjach filmowych, bo ta rozbudziła moją ciekawość odnośnie 79 roku, wybuchu Wezuwiusza i samego miasta w jego pobliżu.


Ocena: 7/10

6 komentarzy:

  1. Do kina raczej na to nie pójdę (nawet nie wiem czy jeszcze grają), bo ostatnio nie ma czasu na takie wypady, ale pewnie w przyszłości sięgnę po ten tytuł, bo jestem ciekawy :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nie lubię oglądać filmów katastroficznych, zwłaszcza produkcji amerykańskiej. Efekty specjalne zazwyczaj przytłaczają w nich wszystko inne.

    OdpowiedzUsuń
  3. O, Jon Snow :D

    Kojarzę pewien dobry film o Pompejach, miał premierę już dość dawno, oglądałam go kiedyś w telewizji i pamiętam, że bardzo mi się podobał, ale niestety nie przypomnę sobie teraz tytułu :)

    Już prawie zapomniałam, jak bardzo lubię filmy katastroficzne :) Nie mam pojęcia, skąd u mnie to zamiłowanie do oglądania, jak cały świat rozwala się na różne sposoby :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Uwielbiam takie filmy! :3
    Muszę obejrzeć ;D Juz zapisane :)
    Zapraszam w wolnej chwilce do mnie :3

    OdpowiedzUsuń
  5. Do kina też raczej się nie wybiorę, ale z pewnością (cichaczem) obejrzę ;D

    OdpowiedzUsuń
  6. Widziałam plakat i pomyślałam "O nieeee... co za g***o...", obejrzałam trailer - miałam takie same uczucia. Jednakże chciałam obejrzeć ten film dla Kita Haringtona. Niestety nie miałam czasu, żeby pójść do kina, a teraz już u mnie tego nie grają. Po Twojej recenzji mam ogromną chęć na "Pompeje" i na pewno sobie ich nie odpuszczę! ;)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...