środa, 28 marca 2012

Ava Farris. Podwójna tożsamość – Izabela Misztal






Autor: Izabela Misztal
Tytuł: Ava Farris. Podwójna tożsamość (strona książki)
Seria: Ava Farris - tom 1
Wydawnictwo: Ekwita
Data wydania: 2011
Stron: 425
Ocena: 9/10








Czy kiedykolwiek zakładaliście maskę wychodząc do ludzi? Maskę innego człowieka, którym nie jesteście? Przy innych udawaliście uśmiechniętych, a tak naprawdę w środku czuliście pustkę? Czy wręcz przeciwnie przy wszystkich udawaliście nieporadnych i nieprzystosowanych do społeczeństwa, choć w środku byliście zupełnie inni, ufaliście tylko sobie, rodzinie i może jednej zaufanej osobie, która nawet nie znała całej prawy o was? Ale przyszedł taki czas i taki ktoś, kto zupełnie odmienił wasze dotychczasowe życie? I od tego momentu dopiero można było poczuć się wolnym i w pełni cieszyć się życiem, a to za sprawą jednej osoby…

Ava Farris to siedemnastoletnia uczennica szkoły średniej, która stroni od kontaktów z ludźmi. Czuje się dobrze tylko w swoim towarzystwie. Jedynymi wyjątkami są jej rodzina i przyjaciółka. Rodzina o niej wie wszystko. W końcu jest jedną z nich i tego nie może się wyprzeć, choćby chciała ukryć swoje nadprzyrodzone zdolności: nadmierna prędkość, nadludzka siła, niewyobrażalna wręcz pamięć, a co za tym idzie znajomość języków, nawet tych wymarłych, a razem z bratem także dodatkowo bardzo wyostrzony słuch. Wszyscy wyróżniają się także niewyobrażalną urodą. Ava sceptycznie podchodzi do świata, bowiem boi się o siebie i o swoją rodzinę, dlatego też przepisała się do klasy o niższych wymaganiach, żeby nie zwracała na siebie zbytniej uwagi. Szara myszka, której nikt nie zauważa. Jednak zmienia się to, gdy poznaje chłopaka. I to nie byle jakiego. Niezwykle przystojny, uprzejmy, szarmancki, dobrze wychowany, dżentelmen. Jednym słowem – ideał. Szybko się w sobie zakochują, każda chwila spędzona razem jest cudowna, a moment rozłąki bolesny. Podczas jednej wyprawy uratowali sobie nawzajem życie. On ratując ją przed spadającym drzewem, ona natychmiast go zawożąc do szpitala nie znając techniki prowadzenia auta. Oboje nie mówią całej prawdy o sobie. Czy ten związek ma szanse na przetrwanie? Czy gdy dowiedzą się prawdy o swoim życiu i o tym, kim są nadal będą razem? Czy jednak piętno historii i istnienia będzie miało wpływ na ich życie i relacje? Na to czy jest im pisany związek na wieki wieków?

W tej powieści stykamy się z narracją trzecioosobową. Styl autorki bardzo mi odpowiadał, ponieważ nie był trudny i oszczędziła nudów opisów przyrody, których ja szczerze nienawidzę. Co mi z tego, że autor w swojej książce opisze mi jaki to piękny krajobraz, a uczuć bohatera w niej zero, null. A tu było wszystko. Przeżycia Avy, jej chłopaka Nathaniela czy jej brata zostały moim zdaniem dobrze opisane i ukazane. Bohaterowie, których nie da się nie polubić. Avę polubiłam za przemianę, której doświadczyła. Thomasa za nieprawdopodobne poczucie humoru, ale także za to uczucie, którym darzył swoje dziewczyny, a Nathaniela za całokształt. Muszę także pochwalić tą świetną historie Avy i Neta, które tak mnie poruszyły i zaciekawiły.

Wciągnęłam się w tę książkę od samego początku i nie mogłam przestać jej czytać. Gdyby nie to, że muszę jednak chodzić do szkoły na pewno bym czytała ją przez cały czas. I tak mogę pochwalić się paroma nieprzespanymi nocami, ale stwierdzam, że było warto. Dla mnie ta powieść jest magiczna. Chociaż wkurzała mnie jednak trochę naiwność głównej bohaterki, bo ja już po pewnym czasie domyślałam się kim jest Nate, a ta jej spostrzegawczość na pewno powinna jej pomóc. No, ale co zrobić, jeśli człowiek jest zaślepiony miłością, kiedy nawet nie widzi się wad swojej drugiej połówki, a idealizuje się ją ponad wszystko. Autorka dostarczyła i dawkę emocji, bo od lektury wprost nie mogłam się oderwać. Nie mogę jeszcze nie pochwalić okładki, która może nie jest nadzwyczajnie piękna, ale jednak przykuwa wzrok. Nie mogę pozbyć się wrażenia, że dziewczyna na niej wygląda tak jakby szykowała się do wyjścia na scenę, która ma symbolizować jej strach przed wszystkimi, a maska to, że codziennie przed nimi pokazuje się jako zupełnie nie ta osobą, którą jest. Musi ją zakładać, żeby nie zostać rozpoznana.

„Ava Farris. Podwójna tożsamość” jest dla mnie lekturą magiczną i w ogóle nie żałuję czasu spędzonego z nią. Jak na razie pozostaje mi tylko czekać na kolejną jej część, a Wam z całego serca ją polecić i mieć nadzieję, że się nie zawiedziecie.  




piątek, 23 marca 2012

Charlotte Isabel Hansen – Tore Renberg







Autor: Tore Renberg
Tytuł: Charlotte Isabel Hansen
Seria wydawnicza: Europa czyta
Oryginalny tytuł: Charlotte Isabel Hansen
Wydawnictwo: Akcent
Data wydania: 6 lutego 2012
Stron: 348
Ocena: 7/10






Gdyby nie fakt, że książkę wygrałam na nakanapie.pl do recenzji pewnie tak szybko bym się za nią nie zabrała, ponieważ jeszcze wiele książek czeka na swoją kolej i to nawet ponad rok. Ale że książkę wygrałam, z czego bardzo się cieszę, dlatego zabrałam się za nią teraz, a nie za rok czy nawet za wiele lat. 

Jarle Klepp to student literaturoznawstwa na Uniwersytecie w Bergen, piszący pracę magisterską o Marcelu Prouście. Wieczory jak większość studentów spędza na imprezach ze znajomymi. Taka zabawa miała miejsce kilka lat temu. Nawet nie wiedział, że z niewinnego wybryku z młodszą dziewczyną coś wyszło. Bo co mógł pamiętać, jeśli oboje byli w głębokim stanie upojenia alkoholowego. A oto pewnego dnia, a dokładnie 31 sierpnia 1997 dowiaduje się, że jednak się mylił i ta impreza nie odejdzie w zapomnienie, a na pewno nie odeszła dla tej młodej dziewczyny. Oto dowiaduje się, że został ojcem. Nie zostanie, ale jest. Jest nim od siedmiu lat. Dwudziestopięcioletni mężczyzna w kwiecie wieku dowiaduje się, że jest „tatusiem” od 13 września 1990 roku. Matka dziecka, która postanowiła po tak długim czasie wreszcie się odezwać i poinformować go, że z tej imprezy nie pozostał tylko jednodniowy kac, ale także urocza dziewczynka, którą jest tytułowa Charlotte Isabel Hansen. Po takim czasie postanawia, że córka wreszcie musi poznać swojego ojca, a sama wyjeżdża do ciepłych krajów, bo jak twierdzi „zajmuje się córką od siedmiu lat i nadszedł czas na wakacje” i teraz Jarle ma się zachować jak na mężczyznę przystało. I oto nadchodzi 6 wrzesień, dzień przylotu córki. Córki, której nigdy nie widział i dowiedział się o jej istnieniu dopiero niedawno. Czy Jarle sprawdzi się w roli ojca? Czy porzuci swoje studenckie życie i zostanie ojcem? Czy pokocha swoją siedmioletnią córkę, czy wręcz przeciwnie? 

W tej książce mamy do czynienia z narracją trzecioosobową. Jest to moim zdaniem udana operacja, bo dzięki temu zapoznajemy się z uczuciami i przemyśleniami nie tylko głównego bohatera, ale niekiedy także z Charlotte Isabel czy z samą Anette. Język sam w sobie trudny nie jest, ale tylko do momentu, kiedy nie zapoznajemy się z tajnikami wiedzy o Proustowskiej onomastyce czy innych przemyśleniach Jarlego. Jak dla mnie było to trudne i starałam się tylko przebrnąć przez te fragmenty. Możliwe, że może kiedyś, w bardzo dalekiej przyszłości ponownie zabiorę się za czytanie tej książki i wtedy te fragmenty w pełni zrozumiem. Drugim jak dla mnie minusem jest ogrom niecenzuralnych słów jak i opisów erotycznych. Cóż po tym wiadomo, że ta pozycja jest przeznaczona dla starszych czytelników [czyt. 15+]. Co do przekleństw to mam wrażenie, że tym sposobem autor chciał bardziej urzeczywistnić bohaterów, sytuacje i wypowiedzi, ale nie powiem, że czasami źle się je czytało, co drugie czy trzecie słowo, chociaż z takim językiem stykam się, na co dzień, ale na pewno nie w takiej ilości, a co do tego drugiego no to cóż… Wiadomo, jakie życie jest niektórych studentów i to na pewno miało ukazać, właśnie życie tych niektórych. A do tego jeszcze dodam niektóre sformułowania, zdania, które się powtarzały. Po dziesiątym razie już miałam czasami tego dosyć, ale jednak nie jest to wielkim minusem, a tylko małym minusikiem, niczym kropka na końcu zdania, choć musiałam o niej wspomnieć. 

Plusem na pewno jest fabuła, która bardzo mnie się podobała, a czasami nawet od książki nie mogłam się oderwać, bo musiałam się dowiedzieć co będzie dalej. Miałam kilka typów zakończenia, które z czasem eliminowałam. Postacie moim zdaniem były bardzo realistyczne. Miały swoje zalety, a także wady, co także sprawiało, że postacie nie były wyidealizowane. Mała zauroczyła mnie swoją błyskotliwością. Bardzo jej współczułam i mogę z czystym sercem powiedzieć, że wczułam się bardzo w jej postać, bo wiem, co przeżywa dziecko w tym wieku po czymś podobnym z własnego doświadczenia. 

Podsumowując, książkę nie uważam za najlepszą, którą dotychczas przeczytałam, ale miło przy niej spędziłam czas, a także dała mi trochę do myślenia i na pewno jeszcze sięgnę po twórczość pana Renberga, ponieważ jak przeczytałam jest to czwarta część cyklu, w którym Jarle Klepp jest głównym bohaterem. „Charlotte Isabel Hansen” bardzo polecam, chociaż moim zdaniem nie jest to lektura na jeden wieczór, ot taka miła książeczka w przerwie na cięższe lektury, a książka, nad którą czasami trzeba się zastanowić i przemyśleć niektóre sprawy. Ale mimo wszystko polecam i życzę miłej lektury. 


Za egzemplarz recenzencki dziękuję: 

wtorek, 20 marca 2012

London & Pierwszy Dzień Wiosny :D

Bardzo przepraszam za tak długą przerwę. Mam nadzieję, że to była pierwsza i ostatnia, ale nigdy nic nie wiadomo co będzie w wakacje. Teraz będę miała sporo nadrabiania, a książki już czekają. Postaram się jakoś to pogodzić i mam nadzieję, że na następną recenzje nie będziecie musieli długo czekać. Miałam zamiar teraz zacząć „Posłańca”, który tak cieszył się uznaniem w stosiku, ale niestety teraz muszę przeczytać co innego, jednak postaram się do końca miesiąca go przeczytać  i podzielić się wrażeniami z lektury.:)





Niestety moja wizyta w Anglii się skończyła, ale mam nadzieję, że to nie był mój pierwszy i ostatni raz. Anglia to piękny kraj. Nie mogłam się napatrzeć na te wszystkie cudowne budowle czy na ludzi z wielu kultur. Tam są wszyscy i nikt na siebie nie patrzy jak na nie wiadomo kogo. Nie ma tam takiego rasizmu, albo raczej ja go nie widziałam. Tam każdy żyje swoim życiem i nikt na siebie nie patrzy, jak kto jest ubrany i w ogóle i to mi się podoba. U nas na głupie wyjście do sklepu trzeba się ubrać, „bo co ludzie powiedzą…”. Smutne, ale prawdziwe, że ludzie zamiast sobie pomagać, jeszcze wbijają sobie nóż w plecy, no, ale nie o tym miała być ta notka. ;)




Wiadomo, że w 5 dni nie zwiedzi się całej Anglii, ale najważniejsze obiekty „mam zaliczone”: London Eye, Tower Bridge, Piccadilly Circus, Trafalgar Square, Tower of London, Hauses of Parliament, Big Ben czy Zamek Windsor czy M&M’s World. Inne obiekty, jak np. Muzeum Historii Naturalnej zostawiłam sobie, mam nadzieję, że na następny wyjazd. :D  







Grzechem by było nie skorzystać z okazji i nie kupić sobie pamiątek i innych rzeczy, jak np. te piękne kubeczki. Więcej tego jest, ale już wszystkiego nie będę Wam prezentować, czyli magnesów na lodówkę, pocztówek, ciuchów i takie tam. ;D






Wszystko, co dobre, niestety kiedyś się musi skończyć, ale mój wyjazd skończył się o wiele za szybko i mam nadzieję, że następnym razem będę dłużej i jeszcze więcej pozwiedzam. Jak na razie jedno z moich marzeń, czyli wyjazd do wujka i cioci oraz zwiedzenie Anglii się spełniło, z czego jestem mega zadowolona. :D 




W samym Londynie mieszkać bym nie chciała… Za dużo ludzi, tam jest taki tłok, że przejść się ledwo da. Pełno wycieczek, a nawet w Windsor spotkałam jedną wycieczkę z Polski. Z tego, co słyszałam to chyba najwięcej było wycieczek z Niemiec, bo co chwilę ludu koło mnie po niemiecku gadało, więc musiałam się stamtąd jak najszybciej ewakuować i oddalić się od nich, bo tego języka nie cierpię. Muszę go znosić o 3 razy w tygodniu za dużo, więc i tam nie chciałam się go osłuchać. O wiele bardziej wolę i lubię angielski, więc za niemiecki podziękuję. ;) Ale tam gdzie byłam przez cały czas, czyli Harrow owszem. Cisza, spokój. Czyli coś, co lubię. Szybki dostęp do metra, które jeździ, co 30 sekund, minutę, albo coś około tego, co mi się bardzo podoba, bo nie trzeba długo czekać. Nie tak jak u nas na pociąg, który jest na 17.25,a przyjeżdża czasami z trzydziestominutowym, jak nie większym opóźnieniem. W taką pogodę, jaką mamy teraz za oknem to jeszcze nie jest tak źle i można trochę poczekać, ale w zimie przy minusowych temperaturach już nie jest tak ciekawie, ale cóż… Polska to Polska. Kocham ten kraj, ale jednak coś mnie tak ciągnie… ;) 


A droga była spokojna. Nie ma to jak mieć wujka hardcora, który 1000km przejechał w 7 i półgodziny. Piękne widoki na statku jak i podczas jazdy. I nie ma to jak zobaczyć we Francji samochód z rejestracją ze swojej miejscowości. Trochę dziwne, ale cóż… Ale powszechnie wiadomo, że Anglia roi się od Polaków i miałam tego przykład w sklepach czy nawet na promie. Gdzie nie poszłam tam Polacy, no cóż, najważniejsze, że nie spotkałam tam nikogo znajomego. A i jeszcze jedno! W samolocie nigdy, ale to nigdy nie siadajcie przed dziećmi, bowiem nie jest to zbyt przyjemne jak Ci taki bachorek kopie przez 2 godziny w fotel, a nie chcesz zwrócić uwagi, bo wiadomo… Jakoś musiałam się przemęczyć, ale było warto, bo widoki przepiękne. Chociaż było za duże zachmurzenie i nie widziałam nic, co było na dole, ale jednak… Mam nadzieję, że podczas następnego lotu, (jeśli oczywiście takowy się zdarzy) będę miała okazje zobaczyć różne kraje z wysokości 11 tysięcy n.p.m. :D


A oto przykład jak Polacy robią karierę na świecie. Przepraszam, ale nie mogłam tego nie dodać, bo po prostu dla mnie jest  to śmieszne. Zawsze na promach czy gdzieś są dwa języki: jeden skąd płyniesz, a drugi dokąd czyli w tym przypadku powinien być angielski i francuski. A tu proszę! Mamy nawet Nasz polski, ojczysty język. Pewnie niejednego denerwowało to, jak niejeden Polak nie wiedział o czym mówił. A informacje podawali w języku angielskim, a także w języku polskim, bo na prom wjeżdżało bardzo dużo Polaków. :D




~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~~


Dzisiaj pierwszy Dzień wiosny, a także mój pierwszy dzień w szkole po przerwie i uważam go za udany. Przebraliśmy się z dziewczynami tak jakby na projekt i stwierdzam, że nie wyglądałam tak źle jak myślałam, że będę. Chciałabym bardzo podziękować invisibilemarii i I.am.the.Sliver. za piękny makijaż i za zdjęcia.  :D

poniedziałek, 12 marca 2012

Gdy nadejdzie czas – Susane Colasanti

Susane Colasanti


Autor: Susane Colasanti
Tytuł: Gdy nadejdzie czas
Oryginalny tytuł: When It Happens
Wydawnictwo: Nasza Księgarnia
Data wydania: luty 2011
Stron: 328
Ocena: 7/10





Tak naprawdę „Gdy nadejdzie czas” nie miałam przeczytać teraz, ponieważ mam wiele innych książek do przeczytania, bo terminy w bibliotece gonią, ale coś mnie do tej książki przyciągało… Miałam nadzieję na ciekawą młodzieżówkę. Czy nie zawiodłam się na niej i było jeszcze lepiej niż sobie wyobrażałam? 

Sara to piękna i bystra dziewczyna. Od kiedy Dave poprosił ją o numer nie może przestać o nim myśleć. Tobey to inteligentny chłopak, który jednak pokazuje się, na co dzień z zupełnie innej strony. Chce pokazać się, jako gwiazda i „leser” jak to sam o sobie stwierdza. Jednak to się zmienia, kiedy zaczyna czuć coś do swojej znajomej ze szkoły. Wie, że ona ma chłopaka i jest w nim szaleńczo zakochana, ale nie poddaje się. Czy Sara tak naprawdę jest zakochana w swoim chłopaku? Czy jednak pisany jest jej inny chłopak? A może jest to miłość na całe życie, a Toby nie potrzebnie zawraca sobie nią głowę?

Książka prowadzona jest z dwóch punktów widzenia – Sary i Tobey’a. Jest to moim zdaniem dobre wyjście z sytuacji, bo możemy zapoznać się z odczuciami i myślami tych dwóch bohaterów. Plusem jest jeszcze na pewno to, że nie mogłam oderwać się od książki i zamiast zabrać się do nauki, wgłębiałam coraz bardziej w świat życia tych nastolatków. Co prawda na początku miałam ochotę odłożyć tę książkę, ale jednak przebolałam i dobrze, nie żałuję. Jednak minusy także są. A jest nim na pewno jeden. Jak dla mnie za dużo seksu. Co chwilę o tym jak nie rozmawiali to myślel. Toż to szału od tego można było dostać. Rozumiem i zdaję sobie z tego sprawę, że osiemnastolatki pewnie o tym myślą, nie wiem, bo jeszcze ten wiek jest przede mną, ale ileż można wysłuchiwać ciągle o tym samym? Kto tak, a kto nie, kiedy to wreszcie nadjedzie i jak było, … i tak w kółko. Jeśli chodzi o literówki to znalazłam tylko jedną, a więc nie było tak źle. Język czasami trochę taki nieporadny stylowo, nawet, jeśli miało to przypominać slang czy słownictwo, jakim posługują się nastolatki, ale to także można przeboleć.

Lektura pomimo tak dużego minusa podobała mi się. Nie jest to może romans wszechczasów, ale dobre czytadło na jeden czy dwa wieczory. Może i jestem przyzwyczajona do ciągłej akcji i bohaterów fantastycznych, ale i tak nie mogę narzekać na tę książkę. Takie miłe oderwanie się od jednego gatunku, a także od ponurej pogody, którą mam za oknem, a także od własnych problemów. Szkoda tylko, że jest to jedyna książka tej autorki, bo pewnie z ciekawości sięgnęłabym po inne. Jak na razie pozostaje mi tylko polecić Wam „Gdy nadejdzie czas”.

środa, 7 marca 2012

Dziecko ulicy – Judy Westwater



Autor: Judy Westwater
Tytuł: Dziecko ulicy
Seria wydawnicza: Pisane przez życie
Oryginalny tytuł: The Street Kid
Wydawnictwo: Hachette
Data wydania: lipiec 2008
Stron: 280
Ocena: 8/10




„Dziecko ulicy” autorstwa Judy Westwarer to jedna z książek z serii wydawniczej „Pisane przez życie” wydawnictwa Hachette. To moja pierwsza książka z tej serii jak i o przeżyciach i wydarzeniach, które wydarzyły się w realnym świecie. Nie jest to wymysł autorki, lecz jej prawdziwe przeżycia.

Judy będąc małą dziewczynką zostaje przez rodziców zostawiona przez rodziców sama razem z dwójką starszych sióstr na siedem tygodni. Siedmioletnia wówczas Mary musiała zajmować się nią, jak i Dorą. Co prawda dostawały, co jakiś czas jedzenie od swojej sąsiadki, która wiedziała, że ma się zajmować nimi przez kilka dni, a nie tygodni. Po tak długim czasie wreszcie nie wytrzymała i zadzwoniła po rodziców dziewczynek. Nic z tego dobrego nie wynikło. Tylko strach, ból i cierpienie. Po tym to ojciec zabrał dwuletnią córeczkę do siebie gdzie mieszkał ze swoją nową kobietą. Wielokrotnie bita, kopana, maltretowana a do tego wykorzystywana Judy musiała się na to wszystko godzić. Wiele razy jej macocha zostawiała ją na całe dnie na podwórku. Nie miała przyjaciół, ani bliskich jej osób, bo wszystkich jej zabierano. A co jej po ojcu i macosze, którzy ją mają za kompletne zero, a do tego o wszystko się czepiają i pod byle pretekstem się nad nią znęcają i głodzą.

Chyba jeszcze podczas żadnej lektury nie czułam takiego ucisku w żołądku. To zupełnie inny strach i lęk, którego doświadczam czytając jakieś powieści fantastyczne. To wszystko wydarzyło się naprawdę i to jest piorunujące, że nikt nie zwrócił uwagi na to biedne dziecko. Ale może bez tego nie zrobiłaby tak wiele dla tych dzieci z Afryki, Meksyku czy Kapsztadu. Ile musi się nacierpieć jedna osoba, żeby później inni mogli żyć lepiej. Podziwiam panią Westwater z całego serca, że pomimo tego cierpienia, którego doznała nie poddawała się i dążyła do wyznaczonych sobie celów. To pokazuje, że nie możemy się poddawać, a także, że kiedy coś nam nie pasuje, kiedy czujemy, że coś jest nie tak u innej osoby, najlepiej by było zainteresować się nią, pomóc jej. Może dzięki nam jej cierpienie trochę osłabnie, albo w ogóle dostarczymy jej wiele radości i pokażemy, że życie może być o wiele piękniejsze. Możemy pomóc w dążeniu do celu. Ile wody i żywności marnujemy, kiedy inni głodują i umierają z tego powodu. Ja staram się już na wszystkim oszczędzać, na wodzie, na prądzie. Nie dość, że sami na tym zaoszczędzimy i będziemy mogli wydać pieniądze na coś innego to jeszcze pomożemy naszej planecie jak i innym osobom. Pomyślmy czasami o innych, nie tylko o sobie, a czasami te wszystkie dobre uczynki wrócą do nas ze zdwojoną siłą, nawet nie wiadomo kiedy. Poruszyła mną bardzo ta książką i wywołała u mnie wiele emocji. Wiele razy chciało mi się płakać, po tym jak czytałam jak się czuła ta mała dziewczynka i co robił jej psychiczny ojciec.

Tak jak wspominałam „Dziecko ulicy” to moja pierwsza książka z tej serii i na pewno nie ostatnia. Jestem przekonana, że jeśli jeszcze jakąś książkę z tej serii zobaczę w bibliotece wypożyczę ją, bo daje ona do myślenia. Pomimo, że nie jest ona zbyt obszerna, to czasami trzeba na chwilę przerwać i pomyśleć. Tę książkę polecam wszystkim, a na pewno tym, którzy lubią poruszające historie z życia wzięte.

poniedziałek, 5 marca 2012

Mały stosik :)




"Charlotte Isabel Hansen" Tore Renberg - egzemplarz recenzyjny od nakanapie.pl :)
"Anielscy obrońcy" Mary Stanton - z biblioteki
"Posłaniec" Markus Zusak - z biblitoeki 
+ "Świat wiedzy" 3/2012

Kiedy tylko zobaczyłam te książki musiałam sobie pozwolić na wypożyczenie ich, bo dzisiaj odniosłam kilka części "Serii Niefortunnych zdarzeń", jeszcze niestety nieprzeczytanych, ale, po co mają leżeć u mnie na półce, jeśli wiem, że są zamówione. Kiedyś na pewno przeczytam, chociaż pierwszą część z ciekawości. ;)

"Świat wiedzy" kupiony wczoraj na stacji przed wyjazdem, a tak żeby umilił mi czas podróży. Moje niedoczekanie... W pociągu ledwo można było ustać, a co dopiero usiąść. Jak zawsze o tej godzinie pełno studentów, albo licealistów jechało. Wiedziałam, że będzie sporo ludzi, ale żeby aż tyle?! Jakoś tę drogę przebolałam, a ten numer chyba wezmę ze sobą na wyjazd. Może, chociaż w samolocie, albo w drodze powrotnej autem będę mogła wreszcie zgłębić tajniki trzydziestu kodów mimicznych czy tajemnic życia i śmierci Tutenchamona. ;)

Miałam dodać dzisiaj recenzje i stoik mniejszy o jedną pozycję, ale w trakcie poprawki zawitał do mnie listonosz z piękną "Charlotte Isabel Hansen”, z której się bardzo cieszę i zaraz się biorę za czytanie. :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...